*** W Xirtam, na północ od Altdorfu *** - Proszę wsiąść i przygotować się do jazdy... Wrażenia niezapomniane. - Proszę skręcić w lewo... Teraz w prawo... Szarpnięcie... - I cóż pan robi?!? - Ups... cholera... - No... na dziś to wszystko, proszę tu zaparkować, przesiąść się... Szlag by to... Ale co tam, to dopiero pierwszy egzamin. Przesiadka, egzaminator jak zwykle chce szybko dojechać do ośrodka i oblać odpowiednią dzienną ilość osób... 120 na liczniku; nigdy nie przestrzegają przepisów... Nagle szarpnięcie, błysk... I ciemność. * * * Wacek wstał. Stanął niepewnie na środku jakiejś dziwnej polany... Albo jestem w Niebie, albo przysnąłem, pomyślał. Chyba śpię, bo nie widzę światła w tunelu... To może i dobrze, bo nie lubię pociągów... Utwierdzony w przekonaniu przebywania w stanie śpiączki, postanowił pozwiedzać własną podświadomość. Jakimś cudem trafił na dziwną drogę, jakby stary trakt. Szedł już sporą chwilę, gdy nagle zza pobliskich krzaków wyłoniły się bezszelestnie dwie dziwne postacie. Dwaj mężczyźni. Ubrani byli w żywcem z babcinego strychu wyjęte skórzane kaftaniki, mieli łuki, miecze... MIECZE?!? - Wyskakuj ze złota, mały... Ten głos od razu Wackowi się nie spodobał. Dziwnie drwiący ton, jakby śląski akcent... Nie, żeby nie lubił Ślązaków, nawet wręcz przeciwnie, ale nie pił przecież z tym panem bruderszaftu. I wcale nie był mały, miał siedemnaście lat i 182 centymetry wzrostu. I nie lubił skakać, nawet jeśli po złocie. - Możesz mi naskoczyć - Zaczął pewnie - to tylko mój sen... Ledwo zdążył uniknąć ostrza, które zamiast gardła, przecięło skórę na klatce piersiowej. Bolało jak prawdziwa rana. Cholernie realistycznie. Dziwne... Ale chyba to nie przelewki, jak zwykła mawiać jego babcia. Przynajmniej tak mu się wydawało, i tak nigdy jej nie słuchał. Nic to, kilka lat treningów nie poszło na marne. Niższy z bandytów został unieszkodliwiony kopnięciem bocznym w gardło i przestał już stanowić większy problem. Z drugim było gorzej - zdążył przecież wyjąć miecz. Na to jednak również są sposoby, kilka zwodów, uników, atak na rękę i właściwie dla czystej formalności wyskok i kopnięcie z półobrotu w twarz. Warga bandziora rozprysnęła się jak soczysty owoc, zaraz później przestała mu być na jakiś czas potrzebna. Fajny miecz... jako maniak RPG, Wacek nie mógł przepuścić takiej okazji. I nie mógł mieć wyrzutów sumienia - w końcu to oni go napadli... Upewniwszy się, że nie będą go gonić (czytaj: związawszy złodziei ich własnymi linami) z trudnością ruszył dalej. Rana krwawiła coraz bardziej, bardziej niż przypuszczał. Powoli ciemniało mu przed oczyma... Nagle zobaczył, jak grunt zbliża się do niego z zastraszającą szybkością... Dryfował... * * * Wędrowali traktem. Od śmierci Eldirotha praktycznie się nie rozstawali. Jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. Wiele przeszli, niewiele było rzeczy, które mogłyby ich zdziwić, jeszcze mniej mogło ich przestraszyć. Dlatego nie zmarszczyli nawet brwi, gdy spostrzegli leżącego na trakcie zakrwawionego nastolatka, dosyć dziwnie ubranego. Nieprzytomnego. Nawet nie spojrzeli po sobie, dla upewnienia się co do zdania reszty. Wszyscy wiedzieli, że potrzebującemu trzeba pomóc. Bez zbędnych ceregieli, bez gadania. * * * Wacek podniósł się. Rana była dość fachowo (jak na jego oko, miał w końcu dobre oceny z PO) opatrzona. Wstał, podszedł aby się ogrzać przy płonącym nieopodal ognisku, zastanawiając się, gdzie do cholery jest. Noc była zimna... - Już dobrze? Na dźwięk głosu odwrócił się, po prostu nie mógł się nie odwrócić. Lecz widok, jaki zastał za plecami przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Zobaczył czterech mężczyzn, z czego dwóch wyjątkowo niskich i jedną kobietę. To właśnie ona, dźwięcznym głosem odezwała się znów. -Dobrze się czujesz? Była piękna. Piękniejsza od większości dziewczyn, które dotychczas znał. Kobieta z gatunku tych, o których wiesz, że nigdy ich nie będziesz miał, a jednak nie przestajesz o nich marzyć. Miała zgrabną figurę, średnio długie jasne włosy, błękitne oczy i... lekko spiczaste uszy... Chwilkę, co do cholery... Jeden z mężczyzn, ten najwyższy i najprzystojniejszy, również miał takie same uszy. Z niższych jeden miał bujną brodę i opierał się na toporze większym od niego samego, zaś drugi miał owłosione dłonie i stopy, które chyba od dawna nie widziały buta... i mydła. Powoli zaczęła opuszczać go świadomość... Z moim umysłem chyba rzeczywiście jest coś nie tak, dobrze mi koledzy w szkole radzili, ale na wizytę u psychiatry już chyba za późno... Przyjrzał im się raz jeszcze. Zdawało mu się, iż ten obrazek już gdzieś widział... Ten ze spiczastymi uszami nosił na lewej ręce czarną skórzaną rękawiczkę bez trzech palców, których nie miała też jego dłoń. Niski z owłosionymi stopami trzymał w rękach długą chochlę, powyginaną na różne sposoby, zaś ten trochę tylko wyższy miał bliznę przez całą długość lewego policzka. Ostatni z mężczyzn nie wyróżniał się niczym szczególnym, oprócz łysiny w, co w wieku około trzydziestu lat jest co najmniej dziwne... O Boże, pomyślał, to przecież moja drużyna RPG! Tę chwilę uznał za najodpowiedniejszą, by zemdleć. Szybko wcielił swój zamiar w życie. Tym razem spojrzeli po sobie. - Co mu odwaliło? - Odezwał się miłośnik toporów. - Być może nie dorósł jeszcze do poznania prawdy - Odparł łysy. * * * Po jakiejś godzinie Wacek obudził się znów. Nad sobą ujrzał rozgwieżdżone niebo i zatroskaną twarz łysego. - Nie ruszaj się, z twoimi mięśniami nie jest dobrze - Uprzedził wspomniany. - Dlaczego bolą mnie oczy? - Spytał Wacek lekko zdezorientowany. Odpowiedź jednak przeszła jego najśmielsze marzenia. - Bo nigdy ich nie używałeś. Tak... to był argument... - Pozwól, że Ci przedstawię - kontynuował łysy - naszą drużynę. Na imię mi... - Malwas - Przerwał mu Wacek - a to są Enreath, zwana Mirien, Wickett, Elladrizs i Mloin - Kontynuował z dziką satysfakcją, widząc zdziwienie na twarzy łysego, wskazując po kolei elfkę, halflinga, elfa i krasnoluda (jako maniak RPG znał się na tym) - Znam Was. Malwas był ewidentnie zdziwiony. Był ewidentnie, absosmerfnie, bezapelacyjnie zdziwiony. Reszta drużyny była zdziwiona tym bardziej, że Malwas nigdy niczemu się nie dziwił. Ale wszyscy przezwyciężyli zdziwienie, co zaowocowało przyspieszoną pracą przy rozkładaniu obozu. Postanowili nie zadawać zbędnych pytań. - Dalej nie mogę w to uwierzyć - Rzekł Wacek i chyba w swych odczuciach nie był osamotniony - Gdzie w ogóle jesteśmy? - W okolicach Altdorfu - Odparł Elladrizs. - No to... Ech... Muszę już chyba iść... cześć! Wstał i ze smutnym westchnieniem skierował się w bliżej nieokreślonym kierunku. Po dotarciu do małego jeziorka uznał jednak kierunek za niewłaściwy, i ruszył w drugą stronę. Przeszedł znów przez obóz i skierował się w stronę bagien, na szczęście jednak o tym nie wiedział. - Czekaj! - Usłyszał za sobą głos - Coś taki strapiony? - Nie zdałem pierwszego państwowego egzaminu praktycznego na Prawo Jazdy Kategorii B - Wyrecytował uprzednio przygotowany tekst. - Co to znaczy? - Spytał Wickett drapiąc się chochlą po głowie. - To nic nie znaczy - Odezwała się twardo Mirien - Nikomu się nie udaje za pierwszym razem... - No... może. Dzięki za słowa otuchy. - Może dołączysz na jakiś czas do nas - Zasugerował Mloin, nie chcąc wprost mówić biedakowi, że zaraz wpadnie do bagna. - Dzięki, ale może innym razem - Zakończył Wacek - Muszę się uporać z moją... Aaaach! * * * - Mówiłeś, że z czym musisz się uporać? - Z przekąsem spytała Mirien, gdy po piętnastu minutach udało im się wyciągnąć Wacka z bagna, odstraszywszy przedtem pół gniazda węży. - Nieważne... Może jednak skorzystam z propozycji. - To dobrze, bo zapomniałem Cię uprzedzić - Zaczął Malwas - że możesz stąd wyjść tylko na dwa sposoby: z nami, albo z nimi - Wskazał na resztę węży, które powoli okrążały obóz. Dobrze, że zdecydowałeś się do nas dołączyć. - No to czuję, że będzie zabawa - Zarechotał rubasznie Mloin - Łyknij sobie! - Dodał rzucając Wackowi bukłak pełen jakiegoś, jak wskazywał aromat, procentowego trunku. - Rozgrzewa świetnie... Młodzik posłusznie spełnił życzenie krasnoluda, krztusząc się przy każdym łyku. - Dobre, co? - Spytał Malwas - Mloin to pędzi, gdy odpoczywamy w mieście. Nadaje się do dwóch celów: wypalania mózgu i czyszczenia... - Silników - Dokończył Wacek. - ... broni... Czego?!? - Znów zdziwił się Malwas. Po kwadransie Wacław znajdował się już w stanie "wskazującym"... - Widzę... białe myszki... - Wybełkotał. - A królika? - Ożywił się Elladrizs - Widzisz białego królika?!? - Nieae... uee... - Jak zobaczysz, to pamiętaj, podążaj za nim! - Bredzi - Warknął Mloin potrząsając siwą brodą - Dam Ci dobrą radę. Gdy zobaczysz białego królika... - ... albo poborcę podatkowego - Wtrącił poważnie Malwas - Tak... więc gdy go zobaczysz... Uciekaj - Dokończył krasnolud. * * * Noc upłynęła wyjątkowo spokojnie, jeśliby nie liczyć maleńkiej hordy zwierzoczłeków Chaosu, co przecież w okolicach Altdorfu jest zupełnie normalne. Wacław obudził się, lecz cisza wokół niego powodowała, iż nie chciało mu się otworzyć oczu. Może ja tylko spałem, pomyślał, tak... na pewno spałem... to wszystko mi się śniło... - Wacek, wstawaj! - Mama?!? - Dziś masz egzamin, nie pamiętasz? Zerwał się z... łóżka. Przebiegł przez przedpokój do łazienki, włożył głowę pod kran i stracił jakieś pięć minut wyrwanych z życiorysu oraz kilkadziesiąt galonów zimnej wody. Popatrzył w lustro, obejrzał klatkę piersiową, która była w idealnym stanie. Tak samo szybko wybiegł z pomieszczenia, kierując się w stronę kuchni, lecz nie przewidział wysokiego stopnia śliskości posadzki. Uderzenie w głowę, wynikłe z bliskiego kontaktu wyżej wymienionej części ciała z futryną pozbawiło go na chwilę przytomności. * * * Znów postanowił nie otwierać oczu, było tak miękko; nie przypuszczał, że parkiet jest taki kosmaty, że w jego przedpokoju tak pięknie śpiewają ptaki... Cholera, znów coś się nie zgadza... - Wickett, ty cholerna namiastko humanoida, przerośnięty halflingu zafajdany, kucharzu chędożony od siódmej boleści, ty nawet wodę byś potrafił przypalić! Który idiota pozwolił mu gotować dziś zupę?!? Po otworzeniu oczu (zainspirowanym tak długim monologiem), Wacek stwierdził, iż potok słów pochodził od Mloina, który ze wskazującym na najwyższe wkurzenie wyrazem twarzy stał nad przewróconym (prawdopodobnie przez siebie) kociołkiem i wpatrywał się w resztki czegoś, co wyglądało jak skrzyżowanie mielonego orka i świeżego asfaltu. Tak się mogło Wackowi przynajmniej wydawać, nigdy przecież nie widział mielonego orka. - Co jest? - Spytał. - Ooo... Nasza śpiąca księżniczka się obudziła - Uszczypliwość krasnoludów nie zna granic. - W bajce była królewna, kretynie - Elfki też nie pozostają w tyle. - Mniejsza z tym, lepiej ci już? - Spytał Mloin Wacława. - Tak... Chyba... - Odpowiedział w przeważającej części zgodnie z prawdą zapytany. - No to masz tu ścierwo - Odparł krasnolud rzucając Wackowi porcję solonego mięsa - I zaraz ruszamy; musimy być w Altdorfie przed zmierzchem, a przez ciebie trochę tu zamarudziliśmy. Wacław już miał skwitować, że on wcale o pomoc nie prosił, ale pomyślał, że gdyby miał wystarczająco dużo siły ostatnim razem, to na pewno by poprosił i postanowił w milczeniu skonsumować mięso, które smakowało podobnie do zeszłorocznej iguany, tylko było bardziej łykowate. Przynajmniej tak mogło mu się wydawać... - Zjedz i wynosimy się z tych... peryferii - Dodał Elladrizs, po czym zwrócił się do Mloina - A swoją drogą, mnie nigdy nie podałeś mięsa. W nim musi być coś szczególnego, co? * * * Do Altdorfu, jak można się było spodziewać, dotarli z lekkim opóźnieniem. Nowi towarzysze Wacka skierowali się od razu do gospody "Pod pomocną łanią", prowadzoną, jak się okazało, przez miłego gnoma o imieniu Beetley Siostrzany Cień. Tam Malwas odłączył się od drużyny i poszedł po kogoś, reszta zaś zajęła miejsca przy stole, słuchając dochodzących z innych stolików plotek o niskiej jakości żelaza w północnych regionach Imperium. Za pożyczone pieniądze Wacek zamówił Wino Przysmak Elminstera. Hmm... Skąd ja znam to imię, pomyślał. Po chwili Malwas wrócił z kimś, kto sprawiał dziwne wrażenie osoby wiedzącej więcej niż cała reszta razem wzięta. Po zakończeniu rozmowy, z której Wacław raczej niewiele rozumiał, cała ekipa podążyła na górę, celem udania się na spoczynek. * * * Następnego dnia Wacława obudził przeraźliwy zgrzyt zawiasów drzwi. Do środka wszedł Elladrizs. - Wstawaj, czeka nas pracowity dzień. - Że jak? - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, zanim będziesz nam mógł pomóc. - W czym? Ja chcę do domu! - Nie rozumiesz. Zostałeś wybrany... - Żeby uratować świat? - Nie... Żeby posprzątać kible w tej spelunie. W końcu nie śpi się tutaj za darmo. Więc jeśli chcesz uniknąć tego przykrego obowiązku, lepiej się nie zastanawiaj... musisz wybrać. Elladrizs wyciągnął w stronę Wacka dwie szczotki do klozetu, czerwoną i niebieską. - Jeśli weźmiesz niebieską, pójdziesz sprzątać kible i co tylko jeszcze zechcesz. Jeśli weźmiesz czerwoną, pójdziesz ze mną, a ja pokażę Ci, gdzie dostają się wszystkie ścieki i jak głęboki jest kanał ściekowy. Po dłuższej chwili Wacław wyciągnął rękę w stronę czerwonej szczotki. - Pamiętaj - Odezwał się nagle Elladrizs - Że mogę ci zaoferować odpracowanie tylko tej nocy i nic poza tym. Wacek wziął czerwoną szczotkę i skierował się do toalety. Przejrzał się w rozbitym lustrze. - To wy to zrobiliście? - Zapytał stojących obok Elladrizsa, Malwasa i Miriam. - Eee... - Zająknął się Elladrizs - No nie... to czasem tak samo z siebie... No wiesz, takie napięcia na szkle... - Nagle odwrócił się do reszty drużyny - Chodźmy stąd, bo będzie na nas. Szkło zaczęło się zrastać. Wychodząc Malwas zasugerował, by Wacek wszedł do losowo wybranej kabiny. - Szczotka pomoże nam Cię wyśledzić - Dodał - To coś jak zabawa w chowanego. Wacek wybrał jedną z kabin. Po wejściu okazało się, iż jest dość czysta. Zaczął czyścić muszlę. Po chwili zauważył, jak z jej brzegów zlewa się jakby płynny chrom. Zrobiło mu się zimno... - Musimy go znaleźć, bo może się zapaść! - Usłyszał jeszcze zza drzwi kabiny i opadł w ciemność. Pobił już swój tygodniowy rekord mdlenia co najmniej cztery razy. * * * Gdy się obudził, cała reszta wyciągała go z muszli klozetowej. Zastanawiał się tylko, w jaki sposób dostał się tak głęboko. Po jakimś czasie zaczął odzyskiwać swój dawny zapach. Znów wszedł Elladrizs i oznajmił, że czas na ćwiczenia. Uff... Reszta dnia zeszła Wacławowi na wymachiwaniu mieczem, ujeżdżaniu konia, ćwiczeniu uników, parowania, piruetów, zbić, cięć itp. Pod wieczór Malwas zajrzał na polankę, na której ćwiczył Wacek. - Jak sobie radzi? - Spytał Elladrizsa. - Jest jak maszyna, od rana nic innego nie robi. A najbardziej podoba mu się pieczenie sernika na czas. Doszedł już do dwudziestu dwóch minut piętnastu sekund. Malwas podszedł do Wacka i przyjrzał mu się uważnie. Wacław otworzył oczy. - Znam Imperatora - Rzekł z namaszczeniem. - Kiedyś mnie z nim zapoznasz - Odparł Malwas - A teraz musimy poważnie porozmawiać. Przeszli przez las do małego szałasu, po wejściu do środka Wacław zobaczył średniego wzrostu gnoma, ślęczącego nad jakąś skomplikowaną maszynerią. - To jest Konstruktor - Rzekł Malwas - On robi wszystko to, co będzie nam potrzebne w Xirtam. - Czym jest Xirtam? - Spytał zaciekawiony Wacek. - To małe miasto na północ od Altdorfu. Kiedy tam dojedziemy, przekonasz się że jest wszędzie dookoła nas. Że tak naprawdę jest to świat, który postawiono Ci przed oczami, aby przesłonić Ci prawdę. - Jaką prawdę? - Nie ma żadnej łyżki. Wacek rozglądnął się po szałasie. - No... To widzę... - Ee... sorry, nie to... - Malwas zaczął nagle szybko mrugać oczyma, jego tęczówki podbiegły pod górne powieki. Po chwili jednak całkiem otworzył oczy - Chodźmy - Powiedział. Wsiedli na furmankę, oznaczoną B-212 i ruszyli w kierunku gospody. - Niedługo pojedziemy do Xirtam. Chcesz o coś zapytać? - Tak... Czy to niebezpieczne? - Właściwie tak. Czyhają tam na nas Pacjenci. - Kto??? - Pacjenci. To rodzaj zmiennokształtnych. Zabili już księcia Zeltana i pozostałych rządzących we Wrotach Fuldura, teraz przenieśli się do Xirtam. Tu jesteśmy bezpieczni, jednak musisz być przygotowany na to, że tam każdy jest Twoim wrogiem. W Xirtam mogą być każdym. I nikim... * * * Xirtam nie wyglądało tak ponuro, jakby mogło się wydawać. Była to zwykła wieś przy dużym mieście, jakich wiele (wsi, nie miast). Po wjechaniu do niej z proporcem głoszącym "Tu jesteśmy", drużyna skierowała swe kroki w stronę opuszczonego hotelu w samym sercu wioski. Weszli na piętro, tam rozpakowali bagaże. Wacława zaskoczyła wielka ilość czarnych kotów w tym miejscu, nie był jednak przesądny, a fakt, że wyglądały tak samo i robiły dokładnie to samo uznał za deja vu i przestał się nimi zajmować. Po przyjeździe, gdy już rozpakowali wszystkie niezbędne akcesoria, broń, ubrania, m.in. podkoszulki z napisami "Oni żyją. My śpimy." oraz "Marijuana is baaad, m'kay", stosy samoprzylepnych różowych karteczek, woreczki z dziwnymi zielonymi ziółkami i setki pluszowych zwierzaczków do spania, Malwas zarządził, że muszą się gdzieś przejść. Ubrali się więc tak, aby nie wyróżniać się spośród tłumu i wyszli na ulicę. Wacek zastanawiał się, dlaczego cały czas ludzie dziwnie im się przyglądają. Przemknęło mu przez myśl, iż tutejsi wcale nie noszą skórzanych kurtek z naszywkami "Obal system", jak oni, ale odrzucił tę koncepcję. Wreszcie stanęli przed potężnym, monumentalnym budynkiem z końca wieku. Ze środka dochodziła muzyka i dźwięki dobrej zabawy, zaś na szyldzie wiszącym nad wejściem widniał napis "Prawdziwy Świat". Weszli do środka. Od razu do Wacka doskoczyła jakaś skąpo odziana kobieta - Witaj w Prawdziwym Świecie - Oznajmiła - Czy może płaszcz? - Tak, to płaszcz - Odparł Wacek, przypominając sobie dialog z "Nagiej Broni" - Mogę pokazać rachunek z pralni - Liczył na to, że zostanie wykopany w trybie natychmiastowym, zwłaszcza że miał na sobie kurtkę. Jednak trochę się zawiódł. - Ależ nie! Pytałam, czy chce pan płaszcz przeciwdeszczowy! - Skwitowała hostessa wręczając Wackowi żółtą pelerynkę. - Załóż - Zasugerował Elladrizs. Wacek postąpił według wskazówek elfa i po chwili cała ekipa weszła na salę. Panował tam lekki półmrok. Dziwne było to, że z żadnego punktu sali nie było widać jej ścian, jedynie wyjście, wokół rozciągały się nieprzeniknione otchłanie. Zdziwić mogło też, że zamiast sufitu nad głowami gości przemykały szybko burzowe chmury, od czasu do czasu przepuszczając promień światła, częściej jednak słychać było grzmoty. Goście siedzieli w obszernych, brązowych, skórzanych fotelach i wpatrywali się w stare telewizory. Drużyna również usiadła przy stoliku. Po chwili zjawił się kelner i poprosił o zamówienie. Zamówili suty obiad okraszony słodkim deserem, zaś do deseru odpowiednie drinki, takie jak "Precz z totalitaryzmem", "Bądź wolny", "Energizer" oraz "Teraz Prawda". Wacek zamówił "Poznaj siebie", Mloin zaś dolał mu do kieliszka swego ukochanego bimbru. Po jednej porcji Wacław już miał dość. - Eee... Eerrghh... Szszszsz... Co to jest emerytura... Eeeeghh... - Zaczął charczeć, odczuwając niezaprzeczalne walory mikstury Mloina. - Co ci jest? Dobrze się czujesz? - Spytała Miriam. - Mój żołądek... Miałaś kiedy takie dziwne uczucie, że nie wiesz, czy już jadłaś, czy jeszcze nie? - Spytał Wacław niepewnie. - Hm... Cały czas - Odparła elfka poważnie - To się nazywa anoreksja. To jedyny sposób na utrzymanie figury. Wacław odwrócił się w stronę sceny, na którą właśnie wchodził gustownie ubrany konferansjer. Człowiek tej wyjął mikrofon ze statywu, aby zapowiedzieć kolejny punkt programu. - Proszę państwa, a teraz to, na co wszyscy czekamy! Konkurs karaoke! Wacek poczuł szarpnięcie stolikiem. Odwrócił się i okazało się że siedzi sam. Odwrócił się znów i zobaczył, że cała ekipa oblega pianistę i śpiewa "Y.M.C.A." na głosy. - Witaj, Wacławie - Wacek znów się odwrócił na dźwięk tych słów i ujrzał kobietę, pięknością prawie dorównującą Miriam, a co najważniejsze, skąpiej ubraną. - Skąd znasz moje imię? - Spytał. - Wiem o Tobie więcej niż przypuszczasz. Pamiętasz jak w wieku sześciu lat przebrałeś się za zebrę i wyszedłeś na ulicę a potem ochlapał cię samochód i zabrudził Ci okulary a kiedy je czyściłeś, ktoś Cię potrącił i upadłeś i szkła Ci się stłukły i nie mogłeś trafić do domu i doszedłeś prawie na koniec miasta gdzie przygarnął cię magnat naftowy posiadający przypalanego cocker-spaniela bez jednego oka z którym często się bawiłeś aż do czasu kiedy zdechł i wtedy bardzo płakałeś i uciekłeś z nowego domu i znów błąkałeś się po ulicach aż trafiłeś przez policjanta do prawdziwych rodziców, ale na drugi dzień zmarli oboje bo zachorowali na gruźlicę po utracie jedynego dziecka i zostałeś sam bo nie wiedziałeś jak trafić z powrotem do magnata i dostałeś się do domu dziecka i tam dorastałeś w paskudnej atmosferze więc zdecydowałeś się znów uciec jednak zapomniałeś wziąć okulary ze sobą i w swej niewiedzy dostałeś się do ubojni bydła i tam mieszkałeś do osiągnięcia pełnoletności? - Eee... nie... - Jasne, do cholery, że nie, bo to moja historia! Ej... zaraz... - Co się stało? - Moja ostatnia wypowiedź... Nauczyłam się wymawiać przecinki! Dziękuję! - Krzyknęła ściskając Wacka za szyję i wybiegła z lokalu. Wacław nawet się nie zdziwił. - Wielokropek też Ci nieźle wychodzi - mruknął, właściwie sam do siebie. * * * Po powrocie do hotelu Malwas oznajmił Wacławowi, że musi z nim porozmawiać i poszli do pokoju nastolatka. - Muszę Cię ostrzec - Zaczął łysy - Nikt, kto do tej pory walczył z Pacjentem, nie przeżył. Ale Tobie się uda. - Chcesz powiedzieć, że będę mógł unikać strzał? - Chcę powiedzieć, że kiedy wreszcie będziesz gotów, wtedy Pacjentów nie będzie już na świecie, bo się zestarzeją i wyginą. Dlatego mógłbyś się pospieszyć z rozpakowywaniem walizek, co? Na dźwięk dzwonka wszyscy zerwali się ze swoich miejsc. - Wyrocznia już tu jest - Uśmiechnął się Malwas - Zejdźmy na dół i przywitajmy się z nią. Po zejściu na parter, Malwas otworzył drzwi wejściowe i wciągnął do środka dość spore pudło stojące za progiem. Otworzył je, ze środka wyjął mniejsze, wielkości pudełeczka na pierścionek. Otworzył to drugie, uwalniając... małą latającą szklaną kuleczkę. - TO jest Wyrocznia?!? - Zdziwił się Wacław. - Nie, do cholery, kosmetyczka - Odezwała się kulka - Jasne, że Wyrocznia, a czego się spodziewałeś? Starszej pani z zamiłowaniami kulinarnymi? - Skąd wiedziałaś? - Ha! Tak naprawdę zastanawiasz się, czy spodziewałbyś się tego, jeśli nie zobaczyłbyś kulki. Nie ważne. Przyniosłam ciastka, częstuj się. Od razu poczujesz się lepiej. Ciastko było czerstwe. - Nie obrażaj się, po prostu myślałem, że jesteś... człowiekiem... - Większość ludzi tak myśli... Jesteś całkiem milutki. Nic dziwnego, że się jej podobasz. - Komu? - Nie jesteś zbyt bystry. JEJ. Obejrzyj się. - Nie mam lustra... - Obejrzyj się za siebie, kretynie... Wacek odwrócił się. Za sobą ujrzał mniej więcej pięćsetfuntową damę niskiego wzrostu, wyciągającą do niego swe pulchne ramiona. Zerwał się do ucieczki. - Hehe... Zawsze się na to nabierają - Zaśmiała się Wyrocznia, kiedy Wacek odbiegł już spory kawałek i nie mógł jej usłyszeć. - Wredna jesteś - Rzekł Malwas - Nie mogłabyś zostać przy starym, wypróbowanym numerze z wazonem? * * * Wacław biegł... biegł... biegł... Nie wiedział kiedy dostał się do dziwnej podziemnej budowli, pełnej schodów i dziwnych kanałów. Zatrzymał się w przeczuciu, że nie jest sam. Rozejrzał się. Miał rację. Kilkanaście metrów przed nim stał osobnik wyglądający na miejscowego kloszarda, jednak gdy Wacław spojrzał nań drugi raz, ujrzał strażnika miejskiego. - Uff... Jak dobrze, że pana widzę - Rzekł - Chyba się zgubiłem. - Tak... I pójdzie pan ze mną, panie Kromski. - Po co? - Nawet nie zastanawiał się, skąd jakiś przypadkowy chłopiec-radarowiec zna jego nazwisko. - Pomoże mi pan znaleźć pewnego niebezpiecznego bandytę, a ja w zamian zapomnę o tym, co stało się ostatniej nocy. - A co się stało? - Zdziwił się Wacek. - Hmm... Nieważne... - Zająknął się strażnik - Pójdzie pan ze mną. - Muszę się zobaczyć z przyjaciółmi, muszę im coś przekazać. Wasze bretońskie metody nie robią na mnie wrażenia. Mam prawo... - Proszę mi powiedzieć, panie Kromski, po co panu spotkanie z przyjaciółmi, jeśli nie będzie pan mógł mówić? - Co? - Pomoże mi pan odnaleźć Wicketta, albo... - Aa... Wicketta... Trzeba było od razu powiedzieć. Jest w hotelu w sercu wioski. Ale po co wam on? - To główny sprawca zatrucia powietrza. - Zatrucia? Nie czuję niczego... - Myślisz, że to powietrze, czym teraz oddychasz? * * * Pogwizdując, Wacek wrócił do hotelu. Tam zastał wszystkich bardzo zasmuconych. - Co się stało? - Zapytał naiwnie. - Zabrali Wicketta - Kto?!? - Pacjenci. Wyciągnęli go ze ściany... - A co on do cholery robił w ścianie?!? - A czy to, cholera ważne?!? Musimy coś zrobić! - No to... może go odbijmy? - Zasugerowal Wacek. - Dobra - Zgodził się Mloin. - O.K. - Przyznał rację przedmówcy Elladrizs. - Super - Zgodziła się również Miriam. - No to jesteśmy umówieni... - Skwitował Malwas. Wyjątkowa zgodność poglądów i szybkość w podejmowaniu ważnych decyzji zaskoczyła Wacława, jako nastolatka bardzo niezdecydowanego i nieskorego do takich rzeczy, jak wdzieranie się do budynków pełnych Pacjentów. Ale... słowo się rzekło... - Powiedzcie mi jeszcze, zanim ruszymy, bo ta sprawa mnie nurtuje dogłębnie - Zaczął Wacek - Dlaczego do ciężkiej cholery zamurowaliście wszystkie okna?!? * * * - Powtarzam, zostaliśmy zaatakowani! - Krzyczał w stronę okna trzypiętrowego budynku jeden ze strażników miejskich. Zaraz jednak został uciszony toporem Mloina. Weszli do środka. - Proszę wyjąć wszystkie metalowe przedmioty i położyć je na tacy - Rzekł strażnik pilnujący wejścia. Wacław rozchylił poły płaszcza, ukazując dwadzieścia cztery sztylety do rzucania, cztery noże, dwa miecze, rusznicę, arkebuz i jednego arbuza. - Dziękuję, następny proszę - Odezwał się strażnik. Przeszli jakieś pięć metrów, gdy usłyszeli za sobą krzyk. - Nie ruszać się! Odwrócili się szybko, by ujrzeć, jak strażnik bardzo brutalnie przeszukuje jakąś staruszkę, która przyszła poprosić o zdjęcie jej kotka z drzewa. Przeszli przez korytarz i weszli po schodach na trzecie piętro. Otworzyli jedyne otwarte drzwi na tym poziomie... - Nie... to jest kibel - Zauważył Mloin. - Widzę, kretynie - Odparła Miriam, wyważając następne drzwi. Wickett siedział przywiązany do krzesła i wiódł swój słynny monolog, zatytułowany przez jego wielokrotnych słuchaczy "A w osiemdziesiątym dziewiątym...". Dwaj Pacjenci leżeli na podłodze i ciężko sapali, jeden opierał się o krzesło, próbując rozwiązać halflinga. - Proszę - Skamlał - Nie ruszaj się, to Cię rozwiąże i będziesz mógł sobie iść... Tylko przestań mówić! Proszę... Z tymi słowami na ustach Pacjent osunął się na podłogę i tam już pozostał. Dwaj pozostali przestali sapać. Miriam podbiegła do Wicketta, rozwiązała go szybko i stanęła nad ciałem jednego z Pacjentów. - Uchyl się przed tym! - Wycedziła kopiąc z rozmachem leżące zwłoki. - Wiedziałem - Głos Malwasa zdradzał egzaltację, gdy ten patrzył na Wacka - Wiedziałem, że On jest Jeden! - Co Ty pieprzysz, jasne że jest jeden, ilu ich niby miałoby być? - Zdziwił się Mloin. * * * - Dzięki jeszcze raz, kochani - Wickett ściskał wszystkich po kolei. Kiedy doszedł do elfa, ten zamyślił się przez chwilę. - Próbowałem... - Zaczął Elladrizs - Próbowałem zakwaliffikować Twój gatunek. Doszedłem do wniosku, że nie jesteś halflingiem. Wszystkie halflingi na tym popieprzonym świecie instynktownie dążą do powiększania swoich gabarytów poprzez konsumpcję coraz większych ilości pożywienia. Kiedy zjedzą już, co było do zjedzenia w danym miejscu, przenoszą się na następne, są jak szarańcza. Ty jednak prawie nie jesz... Za to ciągle pieprzysz o tym, co się działo w osiemdziesiątym dziewiątym! - Wybuchnął nagle - A kogo to, cholera, obchodzi! Większości z nas nawet nie było wtedy na świecie! I doszedłem do pewnego wniosku... Wiesz, kto na świecie robi tak samo? Psychole. Jesteś psycholem. A ja jestem kaftanem bezpieczeństwa. * * * Wacław spojrzał w głąb wydłubanej z czaszki Pacjenta gałki ocznej, która mimo upływu kilkunastu godzin nie straciła swego połysku i wpatrywała się w niego intensywnie. - Wiem, że tam jesteście - Rzekł w stronę oka - Teraz Was czuję. Wiem, że się boicie. Boicie się nas... Boicie się zmian... Ale mnie to już nie obchodzi, bo zaraz się wynoszę z tego porąbanego świata! - Krzyknął i wskoczył w przygotowany wcześniej przez Malwasa i Miriam, niebiesko-biały portal. * * * - Ojoj... trzeba będzie ciąć... - Dawajcie nożyce! Wacław otworzył oczy. Resztki przedniej szyby samochodu były właściwie wszędzie, jeśli nie liczyć kilku naturalnych otworów jego ciała. Na zewnątrz strażacy zmagali się z pogiętą karoserią Fiata Uno. Egzaminator stał nad nimi i milczał. Lewa strona samochodu była mniej pogięta, dlatego wysiadł zaraz po wypadku. Po pół godzinie Wacław również wysiadł z samochodu i poważnie popatrzył na egzaminatora. - W tych okolicznościach - Zaczął lustrowany - Powiedzmy, że pozwolę panu przystąpić do powtórnego egzaminu bez żadnych konsekwencji. Oczy Wacka zdradzały wściekłość. Dłoń zacisnęła mu się na czymś twardym i ciężkim. W przypływie adrenaliny uniósł trzymany przedmiot przed siebie. Nagle zobaczył przerażenie malujące się na twarzy egzaminatora. - No dobrze! Zdał pan! - Krzyknął mężczyzna i wycofał się za wóz strażacki. Wacław, z lekkim niedowierzaniem, spojrzał na trzymany w dłoni przedmiot. Ujrzał długi, stalowy, jednoręczny miecz. Jeszcze lekko zakrwawiony. Z gałką oczną nabitą na koniec ostrza. Zadowolony zakręcił z lekkością młynka nad głową... * * * - Co on robi? - Spytał Malwasa lekko zdziwiony Elladrizs. - Zaczyna wierzyć... KONIEC 26.12.2000 WRonX