* * * Przygody Harry'ego Portera * * * młodzieżowego czarodzieja z przeszłością Autor: Jaro *** Rozdział pierwszy, w którym poznajemy Harry'ego "Demolkę" Portera. -A jak cię jeszcze raz zobaczę w mojej dzielnicy, to wiesz co będzie? -Tak, panie Porter! Tak mnie pan kopnie w dupę, że mi kredki z tornistra wypadną. -No! Już cię nie widzę!!! - ryknął Harry, przeliczył pieniądze zabrane dziecku i ruszył do znanego lokalu "U Zdzicha". Za malcem tylko się zakurzyło. Ale trudno mu się dziwić. Harry'ego Portera bali się dużo więksi. Największym twardzielom drżały kolana, kiedy widzieli jego dres z czterema paskami i wygoloną głowę z charakterystyczną blizną na prawym policzku. Ta blizna była pamiątką po meczu Legia-Widzew, na który Harry przyjechał w barwach klubowych Wisły. Tzn. nikt go nie pociął, tylko najnormalniej w świecie wyłożył się wysiadając z pociągu. Był znany wszystkim okolicznym policjantom, a matki straszyły nim dzieci. Jednym słowem, zakapior jakich mało. Na dodatek miał niesamowite szczęście. Wręcz nieprawdopodobne. Ten dzień miał jednak na zawsze zmienić jego życie. Był dzień jego 16 urodzin - 25 sierpnia. Siedział jak zwykle przy swoim stoliku "U Zdzicha", gdy do baru wszedł potężny mężczyzna, z jakimś chuderlakiem pod pachą.. Nawet Porter gwizdnął z podziwu widząc faceta, który przez drzwi przechodził bokiem. Wielkolud rozejrzał się po barze, coś powiedział do chuderlawego i ruszył do Harry'ego, który w międzyczasie przyszykował swojego bejzbola z pięknym grawerunkiem "Honor i Ojczyzna". Wielki się uśmiechnął przyjacielsko i coś powiedział w dziwacznym języku. -Won! - odpowiedział Harry, używając jedynego zwrotu, który kojarzył mu się z językami obcymi. Tamten najwyraźniej znał inny język, bo tylko się szerzej uśmiechnął i siadł przy stoliku. Po chwili wrócił chuderlawy niosąc szklaneczkę Coli i małe wiadro z piwem. Wielki podsunął szklankę do Harry'ego, a sam zabrał się do opróżniania wiadra. Trzeba przyznać, że robił to z prawdziwą fachowością. Harry'emu zabrakło języka w gębie, a zdarzyło mu się to pierwszy raz w życiu. Chuderlawiec się odezwał. -Ja... ja... ja... - był roztrzęsiony i najwyraźniej się bał - bardzo przepraszam, ale ja nic nie wiem! Ten wielki mnie porwał z ulicy. On nie mówi po polsku i chciał mnie na tłumacza. -Ale po cholerę on tu przylazł? - spytał Harry. -Żeby się z tobą spotkać. -Przecież ja go nie znam? Nikogo z zagranicy nie znam. No chyba, że chłopaków z targowiska, ale oni to inaczej mówią. No i wyglądają normalniej. Wielkolud beknął potężnie, czym oznajmił że skończył piwo i czas przejść do poważnych spraw. Zaszwargotał coś i podał Harry'emu jakieś pismo. -Pan Hagrid mówi, że musisz z nim pojechać do Anglii do szkoły. Na tym papierze jest zaproszenie. - powiedział tłumacz. -Powiedz mu, ze że szkołą skończyłem 2 lata temu i jeszcze jej do końca nie odbudowali. Poza tym, jakoś się nie palę do powrotu w mury podstawówki. - Pan Hagrid powiedział, że to specjalna szkoła i że ci się spodoba. -Spytaj pana Hagrida, czy on wie kto ja jestem? Wielkoludowi uśmiech jeszcze się powiększył. -Pan Hagrid powiedział, że wie, i że jest szczęśliwy, że się poznaliście. Pyta, kiedy ruszacie. -Powiedz panu Hagridowi, że jadę z nim w tej chwili, i że nawet nie żegnam się z dziewczyną moją Mariolą i kumplami. I dodaj, ze jestem miłośnikiem podróży z samotnymi obcymi mężczyznami. Hagrid chyba nie poznał ironii, bo jak tylko usłyszał tłumaczenie, to klepnął przyjacielsko Harry'ego w plecy i wyciągnął go za rękę z baru. Przed budynkiem stał ogromny motocykl. Zanim Porter odzyskał oddech i władzę w członkach po przyjacielskim klepnięciu, to już siedział na motocyklu za Hagridem. Chwilę później maszyna uniosła się w powietrze. Harry Porter rozejrzał się dookoła i zemdlał. *** Rozdział drugi, w którym Harry odzyskuje przytomność i znowu ją traci. Obudziło go okropne zimno. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie jest. Dopiero kilka chwil później zorientował się, że to wszystko nie było snem, i że rzeczywiście znajduje się na latającym motorze, który sposobił się do lądowania. Mógł patrzeć tylko na boki, bo cały widok z przodu zasłaniał mu Hagrid. Wylądowali na dziedzińcu jakiegoś zamku. Harry ostatni raz miał taki mętlik w głowie, gdy oglądał Familiadę i próbował zrozumieć anegdotę prowadzącego. Nawet nie protestował, kiedy Hagrid prowadził go korytarzami zamku. Weszli do pokoju, w którym znajdował się starszy jegomość w dziwacznym stroju. Po chwili rozmowy ten starszy zaczął coś mruczeć, wykonywać dziwne gesty i machać małą pałeczką. Harry poczuł dziwne mrowienie, zupełnie jak wtedy, kiedy założył się, że jego prąd się nie ima. -Rozumiesz mnie? - spytał dziadek. -Ro...rozumiem... Jak to się stało? Przecież wy... w innym... -Drobne zaklęcie. Zaraz wszystko będzie jasne. Nazywam się Dumbledore i jestem dziekanem Hogwartu. Uprzedzę Twoje pytanie i od razy ci powiem, że Hogwart to szkoła dla magów. Hagrida już znasz. To nasz gajowy. -Słuchaj dziadek, - Harry powoli odzyskiwał rezon - czemu ten kudłaty mnie tu zaciągnął? Ja się nieczego nie prosiłem. Jajca se ze mnie robicie. Po cholerę ta szopka z tymi językami? I co mi tu pierdolisz o jakichś czarach?!? -Spokojnie panie Porter - powiedział Dumbledore - i proszę się wyrażać, bo naślę na pana Hagrida! Zaproszenie do nauki w naszej szkole, to prawdziwy zaszczyt. Proszę chociaż poczekać ten tydzień do rozpoczęcia roku szkolnego i zobaczyć jak to wygląda, a potem wydawać osądy. A potem wystarczy jedno zaklęcia zapomnienia i będzie pan mógł wrócić do swoich codziennych zadań. Niech pan wie, że zapraszamy tylko wyjątkowe osoby i pan taką wyjątkową osobą jest. -Sie wie, fachura. - powiedział Harry, wyraźnie połechtany faktem, że ktoś docenił jego rządy w dzielnicy. -Jak rozumiem jest pan zainteresowany pozostaniem w naszej akademii? Skoro tak, to musi pan zamieszkać przez najbliższy tydzień z Hagridem, gdyż akurat remontujemy kwatery uczniowskie. Dom Hagrida był całkiem przyjemny. To znaczy: był za mały, wiecznie zadymiony w związku z niedrożnym przewodem kominowym, ale miał swój niepowtarzalny urok. Urok miał na oko 50 litrów pojemności i był podłączony do ogromniastej aparatury destylacyjnej. Sam gajowy twierdził, że pędzi spirytus wyłącznie w celach leczniczych. Chłopisko pomimo swych niemal 3 metrów wzrostu było nieprawdopodobnie chorowite, gdyż leczył się regularnie co dzień. Dzień zakończył się tradycyjnie - stratą przytomności. Pomimo najszczerszych chęci, Harry nie dał rady przepić Hagrida. Zdążył jeszcze szepnąć: -buuuuueeeaaaadeee (co miało oznaczać "równy z ciebie człek, tylko sporo pijesz") i zapadł w ciemność... *** Rozdział trzeci, w którym Harry poznaje Puszka oraz prawdę o sobie. Poranek był ciężki. Na szczęście Hagrid okazał się miłym człowiekiem i z samego rana przywitał Harry'ego jajecznicą na czerwonych grzybach oraz solidnym kubkiem klinika. Harry spojrzał z przestrachem na rosłe muchomory spoczywające w jajkach i spytał: -Czy one przypadkiem nie zaszkodzą? -Nie powinny. Ta nalewka niszczy wszystkie trucizny i organizmy żywe. -A człowiekowi nie szkodzi, dziwne... - zadumał się Harry. -A kto ci takich bzdur nagadał? W trosce o własne nerwy Porter postanowił zmienić temat. -To od magii tak wyrosłeś? -Od sterydów. -Macie tu siłownię? -Nie. -No to skąd te sterydy? -Wyssałem je z mlekiem matki - z pełną powagą powiedział Hagrid - była pływaczką w kadrze NRD. -Jeszcze mi tylko powiedz, jak to się stało, że akurat mnie tu przytachaliście. Przecież żaden ze mnie magik. -Minerwa McGonagall cię odnalazła. Ona jest zastępcą dziekana i zajmuje się rekrutacją młodych magów. - wyjaśnił Hagrid. -A jakim cudem ona mnie odnalazła? -A nie zdziwił cię plakat z Czarkiem Kucharskim wiszący nad łóżkiem? Harry dopiero teraz spostrzegł piękne zdjęcie Czarka wycięte z Bravo Sport. Zrobił niesamowicie zdziwioną minę. -He he, jak widzę zdziwił. Od lat pasjonuję się piłką nożną, ale tu nikt w to nie gra, więc jeżdżę po świecie. Pamiętasz ten mecz Legii z Widzewem? Ja tam byłem! - z tryumfem powiedział Hagrid - Siedziałem, na Żylecie i widziałem jak lałeś się ze wszystkimi na raz. Zaimponowałeś mi. Poczułem, że chciałbym mieć kogoś takiego w Hogwarcie. -A...ale... ja bym cię zauważył! - wydukał Harry - Przecież ciebie nie da się przegapić! Hagrid uśmiechnął się szeroko. -Drobne zaklęcie rozmycia. -I ja też będę tak potrafił? - spytał Harry. -Nooo... Raczej nie... Mugole nie potrafią czarować... -Czy ja cię kurwa obrażam włochaczu?!? - zdenerwował się Harry - sam jesteś mugol. -Nie ma się co denerwować, mugol to ktoś bez mocy magicznej. Zwykły człowiek. I ty taki jesteś... -No to dlaczego na Mineta mnie tu ściągnęła, skoro nie potrafię czarować? - chytrze zauważył Harry. -Bo ją o to poprosiłem. Zdarzyło nam się raz czy dwa... no wiesz... - zaczerwienił się Hagrid - ona lubi takich jak ja: wielkich i owłosionych... Bawimy się w piękną i bestię! -Zbok - skwitował krótko Harry - Ale co ja będę robił w szkole dla magów jak magiem nie jestem? -Szybko się zorientują, że nie masz Mocy i wywalą cię ze szkoły... - smutno powiedział gajowy Hogwartu. -To po kiego człona ja tu siedzę. Wracam na dzielnicę, póki jeszcze mam tam coś do powiedzenia. Do Mariolki, lafiryndy mojej. -Czekaj Harry! Poczekaj choć do pierwszych zajęć. - zakrzyknął Hagrid - przynajmniej zobaczysz młode czarodziejki. Niezłe sztuki są, mówię ci. Jedna nawet karierę robi u was w telewizji! -Sandra Walter?!? Zawsze ją podejrzewałem! - wykrzyknął Harry. -Nie, nie ona... -Młynarska! Ta nawet wygląda na czarownicę. Tylko gdzie ona ładna? - zdziwił się Harry. -Dajże mi dokończyć. Ona gra w serialu. Nazywa się "Sabrina - nastoletnia czarownica." - powiedział Hagrid. -ONA TU CHODZI DO SZKOŁY?!? Sprawa jasna. Zostaję. - z pewnością w głosie powiedział Harry. -Skoro zostajesz, to trzeba ci sprawić ci wyprawkę do szkoły. -Zeszyty i takie tam ekierki? - skrzywił się Harry. -A skąd! Różdżkę musisz mieć i swojego magicznego zwierzaka. Sowę, ropuchę lub szczura. No i jakiś ciuch. Jedziemy na zakupy! Sklep z artykułami był potwornie zabałaganiony. Wszędzie walały się dziwaczne przedmioty, było mnóstwo rozwrzeszczanych zwierzaków i co najgorsze potwornie śmierdziało. -Szanowanie - z kulturą powiedział Hagrid - Szambo wybiło kierownikowi? -Witam panie gajowy, - odparł sprzedawca - żadne szambo, tylko jajo smoka. Zbuka nam panie sprzedali! Dasz pan wiarę? Czego pan potrzebuje? -Dla tego oto młodzieńca - mówiąc to, Hagrid wskazał na Harry'ego, który drażnił się z sową - potrzebna mi wyprawka. -Nie za późno na zaczynanie Hogwartu? Chłopak wygląda na 18 lat! - zdziwił się sprzedawca. -To moja rodzina - odparł Hagrid. -Wszystko jasne... Chwilę później Harry stał ze swoją różdżką, dobraną specjalnie dla niego. Do złudzenia przypominała jego bejzbola, nad czym zresztą nie biadolił. Kłopoty zaczęły się przy ubraniu -Ja tego nie założę! Co to, pedał jakiś jestem? - wyraźnie zdenerwował się Harry na widok różowej pelerynki - Dresika nie zdejmę! -No to może choć firmowy jakiś? - nieśmiało zaproponował sprzedawca. Harry wyraźnie się ożywił. Już po chwili był posiadaczem oryginalnego, pięciopaskowego, hogwardzkiego dresu firmy Niki. Pozostało jeszcze dobrać mu zwierzaka. Niestety wszystkie sowy, ropuchy i szczury nie przypadły do gustu młodemu magowi. W końcu sprzedawca zaproponował: -Mam na składzie absolutną nowość. Pomimo wielu zalet nikt nie chce tego brać. Wszyscy narzekają, że jest to wbrew tradycji. Jeśli chcesz, - zwrócił się do Harry'ego - to możesz stać się właścicielem tego znakomitego magicznego chomika! Mówiąc to sklepikarz wyciągnął klatkę z pięknym łaciatym zwierzakiem. -Wabi się Puszek, ale nie daj się zwieść. To niezła bestia. Tu masz instrukcję obsługi i taśmę klejącą. Nie wiem po cholerę dali ją w komplecie z chomikiem. *** Rozdział czwarty, w którym Harry staje się ulubieńcem kolegów. Wielkimi krokami zbliżała się inauguracja roku szkolnego w Hogwarcie. Tym samym zbliżał się dzień pierwszych zajęć i pierwszego testu magicznego. Harry zdawał sobie sprawę, że jego kariera w szkole będzie krótka. W związku z tym postanowił, że będzie przynajmniej burzliwa. Harry sączył piwko z Hagridem w pubie "Pod Latającą Miotłą". -Jeszcze jednej rzeczy nie rozumiem - powiedział Harry - Po kiego grzyba cię tu trzymają? Nie robisz kompletnie nic. Niby jesteś leśniczym, a jeszcze nie widziałem, żebyś się ruszył poza leśniczówkę. -Nakryłem kiedyś dyrektora Dumbeldore'a z jedną uczennicą. - Hagrid uśmiechnął się na samo wspomnienie tej sytuacji - Najwyraźniej dawał jej korepetycje z biologii. No i teraz wie, ze jak mnie ruszy, to powiem co widziałem. -Potrafisz się ustawić! - z uznaniem stwierdził Harry. -A jak, trzeba sobie radzić! - potwierdził leśniczy-szantażysta - Ale na nas już czas. Za chwilę przyjadą uczniowie. Chyba chcesz poznać swoich nowych kolegów i koleżanki? -Zwłaszcza koleżanki. - potwierdził Harry - Zbierajmy się. Podnieśli się i ruszyli do drzwi. Zanim wyszli, Harry zdążył jeszcze kopnąć małego gnoma, który sprzątał stoły. Wkrótce dotarli do stacji, na którą właśnie wjeżdżał pociąg. Po chwili wysypał się z niego tłum młodzieży. Wszyscy ruszyli od razu do sali balowej Hogwartu, gdzie odbywała się inauguracja roku. Dumbeldore szybko skończył akademię. Widać było, że nie jest w formie. -Prozac mu się skończył - uprzejmie doniósł Hagrid. - Porter, patrz na lewo. Ten mały z czarnymi włosami, to Harry Potter. Jest największą gwiazdą szkoły. Dwukrotnie spuścił omłot dosyć znacznemu czarodziejowi, który naprzykrzał się szkole. Harry spojrzał na swego imiennika, który wcale nie wyglądał na jakiegoś mocarza. Wręcz przeciwnie - drobny, w okularach, nie wyglądał na mocnego przeciwnika. -Jeszcze zobaczymy, kto będzie gwiazdą - pomyślał Harry. W tym momencie zobaczył Ją. Zobaczył Sabrinę. Zobaczył swoją miłość z telewizji. Anioła, o którym śnił niejeden raz. Anioła, przez którego musiał wielokrotnie prać prześcieradła. -Ech, ona nawet nie wie ile razy ją miałem... - zadumał się Harry - ...pod prysznicem, w łóżku, pod prysznicem... Musi być moja! Właśnie skończyła się akademia i wszyscy zaczęli się rozchodzić. Harry wiedział, że trzeba działać. Wziął głębszy oddech, wspomniał wszystkie zasady dobrego podrywu i ruszył do boju. Wiedział, że ona nie ma szans. Że musi być jego... Zaczął się przepychać do niej. Na drodze stanął mu Harry Potter. -Zachowujesz się bardzo niekulturalnie. Rozpychasz się łokciami, potrąciłeś tego malca... - kontynuował Potter i wskazał na małego chłopca, ogolonego prawie na zero - ...chyba troszkę nie wypada, nieprawdaż? -Prawdaż - zgodził się Harry Porter i wypłacił mu z bani, nawet nie zwalniając. Nawet nie musiał patrzeć, żeby ocenić straty przeciwnika. Wiedział, że tamten ma złamany nos i wielokolorową twarz przez najbliższe dwa tygodnie. Podszedł do Sabriny, która patrzyła na całą sytuację z otwartymi ustami. Wsadził ręce w kieszenie spodni, wspaniale splunął przez zęby na odległość co najmniej 4 metrów i zagadał: -Cze kochanie. Dupczysz się czy trzeba z tobą chodzić? Wiedział, że to zrobi wrażenie. I zrobiło. -Ty... Ty... Ty... - zacięła się blada Sabrina. Nie było jej dane dokończyć, bo rozległ się za nimi głos. -Ej ty, duży łysy w dresie! Harry odwrócił się. Za nim stał Harry Potter, który zdążył się pozbierać z podłogi. -Jeszcze ci mało gówniarzu? - zdziwił się Porter - No to wyskakuj z kasy! Tym razem on został zaskoczony. Mały w okularach machnął różdżką coś mówiąc i Porter poczuł, że się unosi. Gdy był na wysokości 5 metrów usłyszał. -To jest zaklęcie swobodnego unoszenia. - ze wściekłością w głosie powiedział młody czarodziej - Uczą go na trzecim roku. -Puszczaj mnie, bo ci jebnę!!!! -Proszę bardzo. Harry Potter opuścił różdżkę i Porter zwalił się na podłogę z okropnym hukiem. -A to jest czwartopoziomowe zaklęcie bezwolności. Nauczą cię go pod koniec trzeciego roku. - wysyczał Potter. Tym razem Harry Porter zaczął chodzić na kolanach i tłuc głową w kolumnę. Po kilkunastu sekundach odzyskał władzę nad ciałem. Niestety, te kilkanaście sekund wystarczyło, żeby kompletnie rozkwasić twarz Portera. Powoli podniósł się. Ledwo wiedział jak się nazywa. -Zapamiętaj sobie, nigdy nie zaczynaj z Harry'm Porterem. - Potter odwrócił się do Sabriny - Wszystko w porządku? -Tak. Dziękuję ci. - odpowiedziała Sabrina patrząc z przerażeniem na zmasakrowane twarze obu chłopaków. - Chodźmy stąd. Po chwili na sali został tylko Porter i ten mały chłopiec, przez którego stracił honor i górną trójkę. -Żyje pan? - spytał głupawo malec. -Nie kurwa, nie szyję - zaseplenił Harry i wypluł resztki zęba. -Był pan ekstra! Podziwiam pana! Postawił się pan Harry'emu Potterowi, największemu czarodziejowi. A jak mu pan z bani wypłacił! Normalnie bajka. Jest pan moim idolem. Chciałbym być taki jak pan! Niech mi się pan pozwoli z panem kumplować. - nawijał malec. -Jak ty się w ogóle nazywasz? - spytał Harry. -Karol, ale mów mi Łysy! No to jak z nami będzie? Jesteśmy kumplami? - podniecał się Łysy. -A na co ty mi się moszesz przydać? - zdziwił się Porter. -Jesteśmy razem w grupie. Będziemy w jednej klasie. Ja potrafię wszystko. Mogę donosić na innych, potrafię podłożyć nogę, polecieć panu po piwo... -No Łysy, tym piwem za serce mnie ująłeś. - powiedział Harry. - Skocz mi po browara i zorientuj się, gdzie jest mój pokój w tym internacie. -Pokój numer 23. - powiedział Łysy sięgając do plecaka - A oto piwko. Harry popatrzył na niego z niekłamanym podziwem. -Dobry jestesz. -Pan jest najlepszy, a ja chcę być taki jak pan! -Dobra, dobra, jusz cię nie widzę. 1 września zaczął się straszliwie. Harry'ego bolało wszystko. Twarz miał napuchniętą i ledwie mógł mówić. Łysy obudził go delikatnie: -Panie Porter, zajęcia z "Podstaw magii" za 20 minut. W sali D. Pańską różdżkę już wziełem. Odprasowany dresik leży na krześle. Śniadanie na stole. Pozwoli pan, że naleję panu rozruchową pięćdziesiątkę? - Nie czekając na potwierdzenie, Łysy polał sporego kielona. Na tacce podał ogórka. Zanim Harry otrząsnął się z szoku, już był nakarmiony i na lekkim rauszu. Poza tym Łysy zaprowadził go do lekarki, która jednym zaklęciem zlikwidował mu opuchliznę i wstawiła zęba. Aż mu się żal zrobiło, że jeszcze tego dnia będzie musiał opuścić Hogwart za brak zdolności magicznych. Kilkanaście minut później wszedł do klasy. Wszyscy uczniowie byli w wieku Łysego, tyle że sporo od niego więksi. -Co ja robię tu robię z tymi gówniarzami? - pomyślał Harry - Ten Potter, który mi wczoraj taki wpierdol spuścił nie mógł mieć więcej niż 14 lat. Ale wstyd. Trzeba jakoś twarz ratować. -No dobra gówniarze! Wszyscy po kolei wyskakiwać z kasy! - wrzasnął w drzwiach. Wszyscy lekko zbaranieli. Wystarczyło tylko walnąć pierwszego z brzegu w głowę i od razu zrozumieli, że to nie żart. -Tak to z wami jest, jak nie pierdolniesz to nie zatrybi! Kiedy już zebrał pieniądze wskazał na Łysego i powiedział: -To jest mój zastępca - Łysy. Macie go słuchać jak mnie samego. -Panie Potter - wtrącił się Łysy - Ten rudy spod ściany na pewno nie oddał wszystkiego. On zawsze ma kupę szmalu. Może by go tak za nogi i wytrzepać mu kieszenie? Niestety, wejście nauczyciela pozwoliło na to. Z nauczycielem Harry wolał nie zaczynać, pamiętając jak kończą się walki z czarodziejami. Nauczyciel był rzeczowy i szybko przeszedł do pierwszego pokazu zaklęć. -Wiem, że każdy z was chce się sprawdzić w zaklęciach. Jako pierwszego nauczycie się zaklęcia Sprowadzenia. To prościutki czar, do którego rzucenia nie trzeba żadnych wielkich umiejętności. Nauczyciel wziął różdżkę w rękę, wypowiedział formułę i ukazał się mały chochlik. -No to teraz zapraszam wszystkich na środek. - powiedział nauczyciel - Może zaczniemy od tego chłopca pod ścianą. Malec trzykrotnie powtórzył formułę, w końcu wziął różdżkę w rękę i wyczarował pięknego różowego chochlika. -Bardzo dobrze - pochwalił go belfer - niewyraźnie powiedział zaklęcie i dlatego chochlik jest różowy. Ale i tak brawo. Następny proszę. Nieuchronnie zbliżała się kolej Harry'ego. W końcu i on stanął na środku ze swoim bejzbolem-różdżką w ręce. -Ja chyba nie potrafię... - nieśmiało bąknął Harry. -Na pewno potrafisz. Wypowiedz zaklęcie i mocno machnij różdżką, tak, jakbyś chciał wyrzucić coś z ręki. Harry wypowiedział formułę i machnął różdżką. Nie stało się kompletnie nic. -Spróbuj jeszcze raz. Druga próba też się nie powiodła. Przy trzeciej nauczyciel stwierdził ze zdziwieniem: -Przecież ty nie masz w sobie krztyny mocy!!! Jakim cudem cię tu sprowadzono. Wtedy Harry wykrzyknął formułę i z całych sił się zamachnął, wrzeszcząc -Na pohybel skurwysynom!!! Rozległ się straszny huk, coś zadymiło i na środku klasy pojawiło się coś, co było skrzyżowaniem nietoperza, konia i smoka. -Bożesz ty mój! Nisschar!!!! On sprowadził Nisschara!!! Co za moc!!! - krzyczał nauczyciel. *** Rozdział piąty, w którym Harry pozbawia Aerofłotu jednej maszyny. Harry leżał na łóżku, podśpiewywał własną wersję "Niepokornego" Stachursky'ego i drapał się po jajach. Był to znak, że myśli. A miał nad czym rozmyślać. Tydzień wcześniej, w ciągu jednego dnia z renegata zmienił się w gwiazdę szkolną. Nisschar, którego sprowadził zdemolował pół szkoły, zżarł jakiegoś drugoroczniaka i odleciał w siną dal. To akurat przeszło bez echa, zwłaszcza, że zjedzony uczeń nie był specjalnie lubiany, a poza tym jego rodzice nie palili się do płacenia składek na komitet rodzicielski. Natomiast fakt sprowadzenia takiego potwora przez pierwszoklasistę spowodował zwołanie zebrania wszystkich nauczycieli. Doszli do wniosku, że Harry ma recesywne zdolności magiczne, które wyzwalają się tylko w chwilach stresu. Cokolwiek by to nie znaczyło, postanowili zostawić go w szkole i nauczyć panować na straszną mocą. Do pokoju Harrego wszedł Łysy. -Czego? -zagaił rozmowę Harry. -Dowiedziałem się tego co pan chciał. No, o tych rusałkach. -wyjaśnił Łysy. -Zasadniczo nie wolno ich sprowadzać. Ale chłopaki z czwartego roku to obeszli. Sprowadzają coś podobnego wielkościowo, a potem transmutują to do wyglądu rusałki. -No i jak one wyglądają? -Harry aż przysiadł na łóżku. -Ideały! Śliczne są jak marzenie i na dodatek głupie jak but. Zakochują się w pierwszym którego zobaczą, a potem to robi taka wszystko. -Łysy trochę zmarkotniał- tylko mi nie chcieli powiedzieć jakie wszystko. Od gówniarzy mnie wyzywali i kazali iść precz. -I ten pedałek Potter też ma taką rusałkę? -A skąd. Rusałki hodują chłopaki Draco Malfoy'a. Oni nie cierpią Pottera. Myślę, że z nimi powinien pan się poznać. -Łysy zrobił dwa kroki w tył, jakby spodziewał się zaraz ataku ze strony Portera - Poza tym ten pedał Potter chodzi obecnie z Sabriną. Będzie pan jeszcze do niej startował? -No co ty! Widziałem ich razem. Gapi się na niego, jak gówno w przerębel! - Harry był wyraźnie zły. -Niezwykle trafne porównanie, panie Porter. -zauważył Łysy. -Zamknij się lepiej i powiedz mi, jak tu błysnąć, żeby laskom w oko wpaść? Na rusałkę mnie na razie nie stać.Nawiasem mówiąc, to jakieś małe kieszonkowe mają pierwszoroczniacy. -przypomniał sobie Harry - Motyw z laniem po ryjach odpada, bo każdy jeden przyłoży mi jakimś zaklęciem i po raz kolejny wyjdę na głąba. -A może sport, panie Porter? -nieśmiało zaproponował jego poplecznik. -I za to cię lubię! - ucieszył się Porter - Urządzimy mecz piłki nożnej bez użycia magii. -A co to jest piłka nożna? - spytał Łysy. -Nie znacie piłki nożnej? Tym lepiej! Skocz mi po litra i ogórki, idę do tego Draco w odwiedziny! Dwie godziny później Harry Porter i Draco Malfoy ustalili, że wystawią wspólną drużynę piłkarską przeciwko znienawidzonemu Potterowi. Draco miał załatwić postawnych zawodników, a Harry obiecał załatwić trenera. Dopili flachę i rozeszli się jako najlepsi przyjaciele. Malfoy poszedł poinformować Pottera o meczu i ogólnych zasadach piłki, a Porter zaszedł do Hagrida. -Witam wyższe władze leśne - wesoło zaczął Harry. -Harry Porter? -szczerze zdziwił się Hagrid - Co ty tu robisz, nie wywalili cię ze szkoły? -Oczywiście, że nie. Nie bardzo mogą - mam straszną moc, choć mi o niej nie wiadomo. Na dodatek organizuję mecz piłki nożnej. Nie będę owijał - trza nam trenera. Muszą się chłopaki dowiedzieć jak dobrze skosić i przydzwonić łokciem po czaszce. -Ja się nie nadaję na trenera. - powiedział leśniczy - Wam trzeba kogoś takiego jak on - dodał wskazując na Czarka Kucharskiego spoglądającego ze ściany. Harry nie myślał długo. Wręcz wcale. -W takim razie muszę pożyczyć na pewien czas latający motor. -Nieco jesteś wypity, nie sądzisz. - zauważył Hagrid. - A z resztą, co mi tam. Policja i tak cię nie złapie. Bierz go. Chwilę później Harry siedział już na ogromnej maszynie i przyglądał się mapie. Latanie okazało się banalne. Gorzej mu szło z nawigacją. Kiedy zorientował się, gdzie jest północ, był już nad Turcją. -Nie ma się co martwić, polecę nad Morzem Czarnym. - pomyślał Harry. To myślenie tak go zmęczyło, że aż się zdrzemnął. Obudził go straszliwy huk i potworny wstrząs. Okazało się, że przyłożył w jakiś samolot. Urwane skrzydło poleciało w jedną stronę, a reszta maszyny w drugą. -Ale narobiłem! - powiedział do siebie Harry. -Ciekawe co w gazetach napiszą. Samolot Aerofłotu rozbił się po zderzeniu z latającym motorem. He he he, pewnie pójdzie na ufo albo na wojsko. Do samej Warszawy już nie spał, bojąc się, że zgarnie po drodze jeszcze jakiś samolot. Lądowanie koło Stadionu Dziesięciolecia nie wzbudziło żadnej sensacji. Wszyscy byli tak zajęci handlem, że nawet nie zauważyli latającego motocykla. Jedyny który go zobaczył podczas lądowania, solennie sobie obiecał, że nie tknie więcej spirytusu od Ruskich i pójdzie na odwyk. Odnalezienie Cezarego Kucharskiego nie stanowiło problemu. Wystarczyło poczekać do 19 koło budki pana Huang-Te, który sprzedawał chińszczyznę koło stadionu. czarek codziennie kupował tam jedzenie. Dalsze wypadki potoczyły się błyskawicznie. Harry nie wdawał się w zbędne dysputy na temat słuszności trenowania drużyny młodych magów, tylko przyłożył piłkarzowi w łeb pałą, wsadził go na motor i poleciał z powrotem do Hogwartu. cdn...