>>> Legenda o Wiesiu Obwiesiu <<< spisana przez imć Addy'ego, kmiecia Jara, plebana Robsona a wójta Quentina (a potem przez szanowną resztę Bocznicy) -------------------------------------------------------------------------- Gdyby dobrze poszukać pod wiejskimi sklepikami GieeSu -> w Bieszczadach, tak blisko granicy z Ukrainą, że to bardziej już Ukraina jest, -> żyje sobie Wiesiu Obwiesiu, a przynajmniej tak głoszą legendy. -> Niedoszły małżonek rudej Jolki, znanej zołzy i plotkary -> znanej z tego, że potrafiła puszczane bąki artykułować w pełne zdania, -> czym naraziła się miejscowemu proboszczowi, który dotychczas miał monopol na wydawanie odgłosów odbytem. -> Tedy proboszcz, zezłoszczony okrutnie, chwycił za widły -> i mówi: - Zrobię sobie w dupie dodatkowe dziury i będę miał fujarkę! -> Po chwili doszedł jednak do wniosku, że dziury w dupie na niewiele się zdadzą, i srodze zamachnął się na -> przyrodzenie swoje. Stał tak z widłami weń wbitymi, gdy drzwi się raptem otwarły i ruda Jolka w nich stanęła, wrzask podniósłszy okrutny. -> - Wiesiek, jełopie jeden!!! Nie mogłeś się w łeb tymi widłami walnąć?!? Z głowy i tak nie korzystasz, a główka czasem się przydaje! Ledwie wypowiedziała te słowa, -> tuman czarny pośrodku pokoju zawirował, a z niego bies przeraźliwy się wyłonił. Tupnął groźnie kopytkiem i ogonkiem dziarsko zakręcił, po czym rzekł: -> - Jestem agentem ubezpieczeniowym Kompensy. Zanim dokona pan tego nierozważnego kroku i dokona samookalczenia własnej głowy przy użyciu wideł, powinien się pan ubezpieczyć. Wiesiek popatrzył z niedowierzaniem, i tak jak stał, tak mu -> (*1) -> (*2) (*1) widły z rąk wypadły i przebiły obie stopy wbijając się przy okazji w nowe linoleum, które kupił za cięzko zarobione pieniądze. Trzeba Wam wiedziec, mili słuchacze, iż Wiesiek z Jolką trudnili się... (*2) w ramiona się rzucił z okrzykiem: - Marian! Kopę lat, stary! Pamiętasz, jakeśmy na Berlin maszerowali? -> - Cie choroba, no nie poznałem cię z tymi grabiami i zgrzebnymi gaciami!!! Ale służkę, to już mogłeś lepszą nająć! - To nie służka, to ma małżonka. - Z kimś się założyłeś, czy wpadka po pijaku? -> - Założyłem się, że wpadnę z nią po pijaku i zakład wygrałem. A co u Ciebie, Marianku? Jak tam teściowa... ciągle na tym samym cmentarzu? -> Marian rozejrzał się dookoła i konspiracyjnym szeptem mruknął: - Pogadajmy lepiej o tobie i o tej Bursztynowej Komnacie co to ją w stodole trzymasz?" Wiesiek momentalnie zbladł i zaczął się jąkać. -> - Bu... Bu... Bursztynowa komnata? - wymamrotał niepewnie. - Iii, jaka u nas komnata? Komnata to u księdza dobrodzieja, w chlewiku ukryta. My to jeno Arkę Przymierza w klepisku schowaną mamy. - Do garów! - ryknął Wiesiek sięgając po siekierkę i jak stał -> tak ruszył do drugiej izby, sprawdzić, czy aby Arka się nie zaśmierdła. Ledwie trzy razy widłami ruszył i już się dokopał do Arki. Wyglądała całkiem nieźle. Jeśli nie liczyć głowy, która gdzieś się zapodziała, to młoda Przymierzówna była całkiem pociągająca. - Zakopałem, bo straszne świństwa mi do głowy przychodziły, a ja katolikiem jestem. No, ale mielim mówić o komnacie, -> co to ją ksiądz dobrodziej ukrył w chlewiku. Jaka tam z niej komnata! Jeno Izba! I to nie Bursztynowa ino Kontroli! - Jakże to? - zapytał lekko zmieszany Marian. - A tak! Najwyższa Izba Kontroli! Pokazuj rachunki, cwaniaczku! Myślałeś, że uda ci się uciec przed daniną dla Księcia Pana? Przyznaj się natychnmiast! Skąd miałeś pieniądze na -> dziewki i okowitę, hę? - No, mam rachunki, proszę, wszystko stoi jak... jak na dłoni stoi! - Marian sięgnął do kieszeni surduta i wyciągnął zeń plik papierów. Nagle Wiesiek z Marianem znieruchomieli, popatrując na siebie podejrzliwie. - Teraz? - wyszeptał Wiesiek. - Teraz - odpowiedział mu Marian. Oboje wyciągnęli ręce do góry i zaśpiewali: - Hej, ho, niech wiruje cały świat! Dokonawszy tego Wiesiek wyszarpnął z dłoni Mariana rachunki, po czym jął je przeglądać z uwagą. - A cóż to? - zapytał zdziwion szczerze. - Nieopłacona faktura za -> montaż telewizji kablowej Testosteronic!? Maniuś, na miły Bóg! - po twarzy Obwiesia pociekły łzy - Przecież pi... pi... sałeś mi w... w.. mailu, że... - Do diabła, Wiesiek! Nie bądź dziecko! - przerwał mu brutalnie Marian - Myślisz, że kanały porno są tanie? Nie ściągnąłem jeszcze wszystkich długów. - Kiedym... ja... chciał... - słowa więzły w gardle Wieśka. - Posłuchaj no! Idę zara do twojego sąsiada. Ma takie długi, że... ho, ho! A może i większe! - Po... powaga? - Jasne! Wisi mi kasę za opętanie jego kobity. Wiesiek wycierał łzy w koszulinę, gdy nagle go olśniło: - Zaraz! Będzie z pół roku, jak Anielkę do Branic wzięli. - Tak wyszło. Behemot ma pełne łapy roboty, a ja ciągle zajęty jestem. Wiesz, kuszenie, sprzątanie. Ciężko jest - usprawiedliwiał się Maniek. - Ale dasz mu popalić? - niepewnie zapytał Wiesio. - Kiedy ma się wolne, można poszaleć. Idź, walnij banię, a ja wtenczas zajdę do Ziutka i wyjaśnimy pare spraw... - A faktura? - Obwiesiek nie dawał za wygraną. - Nie marudź! Zrobimy przelew przez Internet. Widzisz? - wyjął karmazynowy kawałek błyszczącego plastiku - Viza Diablotron. Dzięki temu monter przyjedzie w try miga. - Cholera, Maniek! Nie pogadasz... - z uznaniem przyznał Wiesław. - No dobra, nadszedł czas zapłaty! Jak powiedział Marian, tak przeskoczył przez płot. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni surduta składane widły, model Acme LCF-56 i włączył akumulator. Zastukał w ciężkie, zbrojone drzwi, na których wisiała tabliczka: J. Kwapiś -> Odczekał chwilę. Z oddali dobiegł go dziwny dŸwięk. Długš chwilę zastanawiał sie -> Po czym chwila zadumy została przerwana, kiedy w drzwiach pojawił się barczysty sąsiad Wiesia, Ziutek który wiedząc przecież po co Marian przyszedł do niego, zaatakował tymi słowy. - Co jest u diabła?! Która to godzina? I kiedy Marian miał już odpowiedzieć, aby Ziutek się nie wykręcał, tylko pokrył debet na rachunku, Maniek kontynuował: - Wiesz co, Marian? Lubię Cię, ale nie przychodź mi do domu za dnia bo tego nie lubię, a w nocy też mi nie przychodź bo tego też nie lubię, wiesz co chłopie idź ty w cholerę a przyjdź ostatniego, będę miał jakieś pieniądze. Nie, wróć... Twarz Mariana zmieniała się tymczasem i mieniła różnorakimi kolorami od purpurowej złości do różowej niewinności a usta jego otwarte były i słuchał dalej w milczeniu tego, co do niego mówił: - Mam sąsiada, Edka jest mi winien trochę kasy, idź ty do niego i powiedz, że jesteś ode mnie. On co i da i będziemy kwita, on jest mi winien, a człowiek to uczciwy i sumienny, więc nie będziesz miał problemu, a teraz już idź i nie marudź. Marian doskonale wiedział, że właśnie pozbywa się swoich pieniędzy, więc spróbował ostatniej deski ratunku i wsadził buta między drzwi a futrynę, niestety Ziutek, tęgi był i kiedy tylko wyczuł opór na drzwiach mocniej tylko przycisnął i drzwi lekko je wyginając zamknął. Marianowi aż oczy wyszły na wierzch, ale że kątem oka dostrzegł Wiesia, który go obserwował, udał że nic się nie stało, wyszarpnął stopę spod drzwi i kryjąc swoją niepełnosprawność udał się do Edka... ciąg dalszy chyba nie nastąpi...